niedziela, 17 kwietnia 2011

Babeczki wiedzą, co jest dobre.

Po co "im" tyle tego? Na pewno każdy z nas (mężczyzn) zadał sobie kiedyś to pytanie, patrząc na półkę w łazience zastawioną kobiecymi kosmetykami.
Ale przecież taka półka pod lustrem, to tylko czubek góry lodowej.
Są jeszcze półki nad wanną, jakieś szafki w łazience, szafeczki w sypialni, szafeczka-kosmetyczka, czasem coś się zawieruszy gdzieś jeszcze. No i oczywiście, tadam!, kuferek z tak zwaną kolorówką.
Taki kuferek, to świętość. Za coś takiego kobieta jest gotowa oddać życie. No, może nie swoje, ale przypuszczam, że Wasze, drodzy Panowie, to jak najbardziej.
Rozpiętość "tematyczna" takich skarbów jest przeogromna. Spójrzmy na to posuwając się od kobiecych stóp w górę.
A więc istnieją kremy do stóp, zasypki do stóp, dezodoranty do stóp, specyfiki do zmiękczania skóry na piętach i pewnie wiele innych, o których istnieniu nawet nie wiem. O lakierach do paznokci w tym miejscu nie wspomnę, bo zostawiam sobie to, do omówienia, gdy dotrzemy do dłoni.
Potem nogi, a wraz z nimi wszelkie smarowidła nawilżające, nabłyszczająco-rozświetlające, coś wyszczuplającego, coś przeciw celulitowi...
Potem płyny do higieny intymnej. A następnie brzuch. Na wysokości brzucha istnieją potrzeby podobne do tych, jakie występowały przy nogach. No i pośladkach oczywiście. Czyli chodzi tu głównie o wyszczuplenie i walkę z celulitem.
Ramiona, tak myślę, potrzebują tego samego, co nogi, ale dłonie, to już na pewno nie!
A więc mamy setki lakierów. Wiele z nich występuje w identycznych kolorach. Choć moja Żona twierdzi, że to są zupełnie inne barwy, a ja jestem daltonistą. Tak przy okazji, podobno mój samochód jest śliwkowy, ale daję Wam słowo Koledzy, że jest granatowy! Nawet w papierach tak jest! Dla Kasi, to jednak żaden argument...
A jak lakiery, to i zmywacze. Potem jakieś specyfiki do odżywiania paznokci i do zmiękczania skórek przy paznokciach. Jakieś patyczki do tychże skórek. No i oczywiście cały arsenał kremów do dłoni.
Głowa. Szampony i odżywki, żele i lakiery i pewnie coś tam jeszcze. Ale tu akurat, trzeba przyznać, że wiele z tych rzeczy używamy także my.
Została twarz i szyja. Dobra, poddaję się. Tu już musiałbym wymienić tyle rzeczy, że mogłoby zabraknąć miejsca na blogu.
A nie wspoinałem jeszcze, o różnych przyżądach. Cążkach, pęsetach i innych takich...
No i lekarstwa. Przeciętna kobieta ma tego tyle, ile przeciętny facet widuje tylko w aptece. Samych środków przeciwbólowych jest tam kilka gatunków.
I bardzo chętnie bym sobie teraz uciął złośliwy komentarz podsumowujący, ale nie będę się wyzłośliwiał na naszych Paniach, bo , aż wstyd się przyznać, uważam, że to ma sens!
Na pewno każdy zastanowił się kiedyś nad gładkością kobiecej skóry, miękkością pięt, elastycznością łokci i kolan. O długości rzęs nawet nie wspomnę.
Otóż drodzy Panowie, odkryłem, że one wcale nie są takie z natury! One dochodzą do tego, dzięki tym tajemniczym miksturom i godzinom pracy spędzonym nad poprawianiem tego, co i tak większość z nas uznałaby za doskonałe! A do tego sprawia im to przyjemność!
Gdy my nie mamy na nic ochoty, to po prostu marnujemy czas patrząc w telewizor lub sufit. A kobieta nie! Ona w tym czasie dopracuje swój "frencz" na paznokciach. Albo jedna koleżanka zrobi maseczkę drugiej. I bawią się świetnie. A jakie czują się po tym nowe i odmienione. I to w sumie za małe pieniądze. My panowie, żeby tak się poczuć, musielibyśmy kupić sobie co najmniej Evo X. Albo "dziewięćsetjedenastkę".
Poza tym, muszę sam przyznać, że zawartość mojej półki pod lustrem, pod wpływem mojej Żony, niebezpiecznie się powiększyła.
Przyznam się, z rumieńcem na twarzy, że mam trzy kremy do twarzy. Jeden jest jakiś tłusty i chyba z filtrem UV, żeby chronił moją twarz na snowboardzie. I chroni! Drugi to przeciwzmarszczkowy. Ciężko mi coś o nim powiedzieć, poza tym, że ładnie pachnie. Jestem  jeszcze dość młody, więc dopiero za 15 lat napiszę Wam, czy zadziałał. Trzeci, to taki dodający energii.
OK, rozumiem, jak chcecie się ze mnie pośmiać, to proszę bardzo. Ale... Mam propozycję. Jak kiedyś dopadnie Was "syndrom dnia następnego", a Wasza  skóra na twarzy będzie sucha, boląca i ziemista, to posmarujcie ją obficie takim kremem. Gwarantuję - ulga natychmiastowa. To tak, jak by nagle ubyło pół kaca.
A pamiętacie może, skąd wzięliście ostatnio tabletkę przeciwbólową? No właśnie! Od kobiety!
Bo babeczki wiedzą, co jest dobre!

Zapraszam także do czytania moich felietonów na: http://www.motozagadka.blogspot.com/

Mazurska wycieczka

„Cudze chwalicie, swego nie znacie...” – mówi popularne przysłowie, które zapewne ma odniesienie do wielu z nas. Odwiedzamy wszak różne kraje na wszystkich niemal kontynentach, czy jednak znamy najbliższą okolicę? Moją najbliższą okolicą są Mazury, a dokładniej okolice Kętrzyna. Zapraszam zatem na spacer (ze mną jako przewodnikiem) szlakiem, który można przejechać samochodem, motorem, a nawet rowerem w ciągu jednej wolnej soboty.
            Najpierw jednak kilka informacji historycznych.
Ziemie położone wokół dzisiejszego Kętrzyna zamieszkiwało pruskie plemię Bartów, ludne i wojownicze, dlatego też opanowanie tego terenu sprawiło swego czasu Zakonowi Krzyżackiemu wiele kłopotów. Nawet po podbiciu całej ziemi Prusów i wzniesieniu systemu dozorujących wartowni wybuchały powstania i bunty przeciwko bezwzględnej eksploatacji miejscowej ludności.
Z tego właśnie okresu pochodzi większość tutejszych zamków i fortyfikacji miejskich. Likwidacja Zakonu, która nastąpiła dzięki zwycięskim wojnom polskich królów, trwającym bez mała dwa stulecia, doprowadziła do powstania w Prusach lennego księstwa. Był to okres rozkwitu kultury, nauki i oświaty, tolerancji religijnej, a także szybkiego rozwoju gospodarczego, który nastąpił dzięki związkom gospodarczym z Polską. Małe powierzchnie miast ograniczone średniowiecznymi murami przestały wystarczać. Zaczęła powstawać zabudowa poza ich obrysami, umożliwiając dalszy rozwój ekonomiczny i demograficzny.
Ówczesna Polska szlachecka, rozsadzana prywatą i rozdrapywana terytorialnie przez sąsiadów nie miała siły, by przeciwstawić się pruskim dążeniom do utworzenia samodzielnego i niezależnego od Polski państwa. Nad polską ludnością, pozostałą na obszarze państwa pruskiego zapadła długa noc germanizacji. Ten trwający 170 lat czas przerwały dopiero salwy dział ofensywy zimowej 1945 roku. Paradoksem historii był fakt, że Polskę przywracali tu żołnierze z gwiazdami na hełmach.       
            Po tej krótkiej powtórce z historii możemy ruszać w drogę. W ciągu tej wycieczki odwiedzimy trzy miejsca nie leżące na ogół na trasie turystów odwiedzających te tereny. Są to: Srokowo, Barciany i Drogosze. Ruszamy z Kętrzyna na północ, w kierunku Barcian. Po przejechaniu około 2 km mamy po obu stronach drogi zwykłe pola. Zwykłe? Na nich to w 1311 roku rozegrała się jedna z poważniejszych bitew litewsko – krzyżackich, kiedy to wracające wojska litewskie po niemal trzymiesięcznym pustoszeniu Barcji zostały rozbite przez krzyżaków pod wodzą Henryka von Pletzke. Klęska ta w znacznym stopniu ograniczyła napady litewskie.
W starej różance mijamy po prawej wiatrak typu holenderskiego, który jest obecnie odrestaurowywany, ale na dzień dzisiejszy nie wiem, co w nim się znajdzie. Może jakaś dobra restauracja? Jestem za! Przy wiatraku skręcamy w prawo i po około 16 kilometrach jesteśmy w Srokowie.
            Teren ten był tak korzystny do założenia osady, że nawet po uzyskaniu praw miejskich Srokowo poprzestało na umocnieniach drewniano – ziemnych.
Na pozór nic ciekawego nie widać. Rozejrzyjmy się jednak uważnie. Widać, że rynek rozplanowano sposobem miejskim. Zlokalizowano w nim asymetrycznie bryłę barokowego ratusza (1608-1611). Prawdziwą jednak „perłę” znajdziemy w gotyckim kościele wzniesionym z cegły na podmurówce z kamienia polnego, będącego tu częstym materiałem budowlanym. W zwieńczeniu głównego ołtarza znajduje się rzeźba Madonny Srokowskiej pochodząca spod dłuta nieznanego z imienia gdańskiego mistrza pięknych Madonn. Jest to niewątpliwie najciekawsza rzeźba z tego okresu znajdująca się w tych okolicach. Osoby zainteresowane budownictwem hydrologicznym mogą obejrzeć w pobliskim Leśniewie fragment niedokończonego „Kanału Mazurskiego”, realizowanego w czasach hitlerowskich i mającego łączyć dolinę Wielkich Jezior Mazurskich z Bałtykiem.
Dzisiejsze Srokowo otrzymało swoją nazwę od Stanisława Srokowskiego, profesora Uniwersytetu Warszawskiego, autora licznych prac o Warmii i Mazurach, który w szczególnie trudnym okresie plebiscytu jako znawca problematyki wschodnipruskiej był konsulem generalnym RP w Królewcu.
Jakiś czas temu jeden z autorów zauważył nad wejściem do pewnego budynku znak mogący być znakiem masońskim. Skłania do takiej tezy fakt, że w Kętrzynie znajdowała się loża masońska, jednak nie jest chyba możliwe uzyskanie informacji na ten temat, więc pozostają tylko domysły.
            Czas pożegnać sympatyczne miasteczko, by po kilkunastu kilometrach jazdy na zachód znaleźć się w Barcianach. Od razu widać różnice w zabudowie. Brak regularnego rynku, ratusza, kamienic typu mieszczańskiego świadczy o tym, że miejscowość w chwili zakładania nie była miastem. Tek też i było w rzeczywistości. Osada barciańska do godności miasta została podniesiona dopiero w końcu lat dwudziestych XVII wieku.
Z godnych uwagi zabytków zachowały się dwa: kościół gotycki, który włązono w system fortyfikacyjny osady (prawdopodobnie drewniano – ziemny), oraz znajdujący się nieco poza ówczesną osadą zamek, o którym warto kilka słów powiedzieć.
Otóż w pierwotnym założeniu miało tu powstać komturstwo. Widać to po monumentalnej architekturze frontowego skrzydła. Później zamiary zmieniono. Dlaczego? Można tu przytaczać różne opinie; że ciężar  walk zakonu przesunął się na Żmudź i Barciany zostały nieco na uboczu ówczesnych wydarzeń, a może morowe powietrze, które w XV wieku nawiedziło okolice przyczyniło się do wyniszczenia ludności, a co za tym idzie i gospodarki okolic. Fakt, że dalszą budowę prowadzono na mniejszą skalę, niż pierwotnie zakładano.
Swego rodzaju ciekawostką jest brak wież, baszt, czy też innych elementów wysokich architektury, stanowiących niebagatelny czynnik obronny warowni. W tym okresie zakon wprowadza broń palną (hakownice i jej pochodne), oraz działa i stąd niskie bastiony, które bronią palną kontrolowały przedpole zamku. W zamku była kaplica i refektarz jak w każdej rezydencji komtura, a także liczne więzienia. Spośród warowni krzyżackich jest to niewątpliwie najciekawsza budowla w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Nie ma chyba jednak zamek szczęścia do inwestorów. W ostatnich latach „coś tam” się dzieje, ale patrząc z boku raczej nie można powiedzieć, by prace szły z rozmachem.
            Po przejechaniu kolejnych kilkunastu kilometrów docieramy do wsi drogosze. Jest tu XV – wieczny kościółek wielokrotnie przebudowywany i piękny pałac z początku XVIII wieku, należący niegdyś do rodziny Donhoffów, w Polsce zwanych Denhofami. Rodzina pochodziła z Westfalii, gdzie już w XIII wieku posiadała znaczne dobra. Część rodu opuściła rodzinne dobra osiadając bądź to w Polsce, bądź w Kurlandii, czy Inflantach. Ulegając polonizacji doszli do najwyższych zaszczytów Rzeczypospolitej poprzez koligacje z najbardziej znanymi rodami oraz osobiste zasługi. Na pierwszym miejscu w rodzinie należałoby wymienić Annę, matkę króla polskiego Stanisława leszczyńskiego. Ale i linia męska zasłużyła się nowej ojczyźnie. Gerard, wojewoda pomorski był zaufanym doradcą Władysława IV, Fryderyk oficerem księcia Radziwiłła i uczestnikiem elekcji Jana III Sobieskiego, Ernest i an Kazimierz uczestnikami wiedeńskiej wyprawy, zaś Władysław w bitwie pod Parkanami sam stawiając opór oddziałowi spahistów tureckich uratował życie króla Jana III Sobieskiego i sam poległ na polu bitwy. Ze względu na podobną posturę Turcy głowę jego obwozili po polu bitwy sądząc, że zabili króla. W XVIII wieku Drogosze stały się główną siedzibą rodu i tu wzniesiono jeden z najpiękniejszych pałaców barokowych na Warmii i Mazurach, który w dobrym stanie przetrwał do dziś.  Pałac otaczał park krajobrazowy, gdzie na wpół wolno hodowano daniele.
O ile informacje autora nie są mylne, to pałac obecnie przeszedł w posiadanie zamożnych ludzi, więc jest szansa, że odzyska dawną świetność, którą wewnątrz poważnie uszczupliły różne socjalistyczne organizacje, mające w nim swoje biura, co już na szczęście jest przeszłością.
            Tak oto zamknęła się pętla naszej wycieczki. Chętni mogą jeszcze podczas powrotu do Kętrzyna poszukać w Równinie Górnej śladów grodziska pruskiego z okresu początków krzyżackiej kolonizacji.  Grodzisko było przebadane przez archeologów i niektóre eksponaty znajdują się w zbiorach kętrzyńskiego muzeum.
            Tak więc, będąc kiedyś na Mazurach pamiętajcie, proszę, że poza „sztandarowymi” pozycjami przewodników znajdują się tu jeszcze inne, niezwykle ciekawe miejsca.


Zapraszam także do czytania moich felietonów na: http://www.motozagadka.blogspot.com/

środa, 13 kwietnia 2011

Analiza techniczna rynków finansowych a powstanie wszechświata.

Na początek jedno zdanie wyjaśnienia dla niewtajemniczonych. Analiza techniczna, to próba przewidywania zachowań rynku na podstawie wykresów. Wiem, że definicja może być znacznie bardziej złożona, ale dla potrzeb poniższego wywodu taka w zupełności wystarczy.
Chociaż jestem zwolennikiem wykorzystywania analizy technicznej w procesach decyzyjnych dotyczących zajęcia pozycji na rynku w danym momencie, to muszę przyznać, że ta metoda ma pewien zasadniczy brak. Otóż jakkolwiek przeszłość danego rynku opowiedziana przy jej pomocy jest przejrzysta, klarowna i oczywista, to do próby odgadnięcia przyszłości służy jedynie jako jedno z wielu narzędzi. Bo jeżeli okaże się, że nasze wnioski wyciągnięte w danej chwili były błędne, to nie oznacza to porażki metody, a jedynie porażkę naszego wnioskowania na jej podstawie. Podobnie jest zresztą w rachunku prawdopodobieństwa, gdy spróbujemy zastosować go do gier liczbowych. Bo nawet jeżeli okaże się, że dany układ liczb padał przez ostatni rok w odstępach dziesięciodniowych, to mogę Wam zagwarantować, że w momencie, w którym Wy zagracie na ten zestaw cyferek, to on akurat nie padnie. W związku z tym, podobnie jak niżej podpisany będziecie musieli nadal wykonywać swą pracę miast trwonić swe życie w jakimś pięknym, ciepłym i może nieco odludnym zakątku świata na przyjemności, które filozofowie zmuszeni byliby uznać za czysto hedonistyczne.
Zmierzam do tego, że pewne zbiory reguł są tylko teoriami i chociaż mogą spełniać doskonale zadanie teorii z pozytywistycznego punktu widzenia, to gdy przyjrzymy im się bliżej są tylko bardzo wyrafinowaną metodą zapisu historycznego.
Tu pozwolę sobie na wtrącenie opisujące fragment mojej przeszłości. Skończyłem studia prawnicze. Nigdy jednak w zawodzie nie pracowałem. Wybrałem inną drogę. Już na czwartym roku wiedziałem, że ten kierunek był pomyłką. Jednak, wykazując się uporem niespotykanym w innym czasie mojego życia, ukończyłem te studia z nienajgorszym nawet wynikiem. Czy zatem ten czas uważam za zmarnowany? Na pewno nie. Bo choć nie robiłem w tym czasie rzeczy bardziej mnie pociągających, to jednak wyniosłem stamtąd jedno ważne dla mnie zdanie (no..., może trzy zdania), a to czasem więcej nawet niż dyplom, który jak wspomniałem również posiadam. Ale wracając do owego zdania... Usłyszałem je na seminarium magisterskim. Gdy ktoś zabrnął, w swoim własnym mniemaniu, zbyt daleko w interpretacji czegoś i próbował rakiem wycofać się jakoś z tych przemyśleń, mój promotor mawiał: „Proszę mówić dalej, może to właśnie Pan/Pani ma rację, a ja się mylę. Przecież Pana/Pani mózg nie różni się niczym od mojego. Może nawet wasze są lepsze, chociażby dlatego, że młodsze. Różnimy się tak naprawdę tylko tym, że ja znam więcej fachowych słów.” Myślę że to ważne i piękne sformułowanie. Wspominam jednak o tym po to, by usprawiedliwić swą ignorancję w sprawach, z którymi czasem się mierzę. Bo choć miewam świadomość swoich ograniczeń wynikających z braku fachowej wiedzy, to miewam też czasem odwagę i chęć, by o czymś powiedzieć.
Tak więc mniej-więcej płynnie wracam do głównego nurtu mych przemyśleń.
Weźmy na początek coś co nazywa się „zasadą antropiczną”. Jest to pewna idea uzasadniająca wygląd, kształt i działanie wszechświata. Otóż mówi ona, że wszechświat, który dostrzegamy jest właśnie taki, bo gdyby był choć odrobinę inny, to nie było by w nim istot mogących pochylić się nad tym problemem. Piękne? Piękne! Tylko, że jak zastanowicie się nad ty głębiej, to nic nie wnosi to stwierdzenie. To już bardziej filozofia, niż fizyka, z której wszak ta zasada pochodzi. Jest to niezwykle podobne do analizy technicznej w kontekście opisywania przeszłości. Pozwala nam (zasada antropiczna) spoglądać w głąb (czyli jednocześnie w przeszłość wszechświata), opisywać go i kłaniać się nisko naturze za to, że tak tym właśnie pokierowała. Jednakże nie wyjaśnia nam ona, co będzie jutro. Czy nadal będzie ktoś kto potrafi nad takimi problemami rozmyślać. Dobrze, może „jutro”, to zbyt krótka skala czasowa, ale wiecie przecież o co mi chodzi.
Tak więc równie dobrze możemy badać rynki finansowe korzystając z tejże zasady. Bo możemy przecież przyjąć, że gdyby te rynki wyglądały nieco inaczej, to nie potrzebowalibyśmy analizy technicznej do ich opisu, bo (może) wszyscy bylibyśmy zamożnymi inwestorami. Niemożliwe? Nie! Jedynie wysoce nieprawdopodobne.
Istnieje wszak wywodząca się od  niejakiego Pana Richarda Philippsa Feynmana tzw. „suma po teoriach”, która lubią wykorzystywać fizycy teoretyczni. Polega to mniej więcej na tym, że spośród wszelkich możliwych ciągów zdarzeń odrzucamy te najmniej prawdopodobne i zostaje nam wynik będący nieco bardziej prawdopodobny od tych, które odrzuciliśmy. Tak więc korzystając z analizy technicznej odrzucamy hipotezy, z którymi się jakoś mniej zgadzamy i zajmujemy miejsce na rynku, zgodnie z wnioskiem, który wysnuliśmy. I wtedy też często okazuje się, że... Ups! Pomyłka!
Więc może również nasza historia, jako istot rozumnych powstałych w wyniku tego, że miało miejsce jakieś zdarzenie w pierwszej sekundzie życia wszechświata jest błędna? Może... Nie mniej jednak (w pozytywistycznym rozumieniu) świetnie opisuje naszą rzeczywistość. No może z lekkim wskazaniem na przeszłość...
I tak też analiza techniczna świetnie opisuje rzeczywistość rynkową. No może z lekkim wskazaniem na przeszłość...

Radosław Małecki

Zapraszam także do czytania moich felietonów na: http://www.motozagadka.blogspot.com/

A właśnie, że popłynę!

Padła propozycja. Popłyniesz ze mną dookoła świata, na jachcie, który zbuduję? Padła przy wódce. Ale nie była to gadka w stylu budowania „zamków na piasku”, tylko jak najbardziej poważna, i nawet częściowo przemyślana oferta. No i co odpowiedziałem? A cóż mógłby odpowiedzieć żeglarz  mazurski? Oczywiście, że popłynę. Śmiechem – żartem, to nawet złożyłem stosowne zobowiązanie na piśmie. Przewidzieliśmy też karę, gdybym jednak się rozmyślił. Miałbym wtedy zjeść kilogramową puszkę Whiskasa na głównej ulicy mojego miasta. Fuj! Rzecz nie odbędzie się „na dniach”. Wyprawa jest wstępnie przewidziana za jakieś dwa, może trzy lata. Kupa czasu. Ale też nie tak wiele, biorąc pod uwagę, że ów jacht nie istnieje jeszcze nawet na desce kreślarskiej. Ale powstanie. Jest to dla mnie więcej niż pewne.
Przyjaciel, który mi to zaproponował ma już kilka jachtów pływających na Mazurach jako jednostki czarterowe. Teraz wynajął projektanta, który zaprojektuje mu jednostkę dostosowaną do potrzeb jego działalności. Jeśli ta jednostka (i projektant oczywiście też) się sprawdzi, to wpłynie zlecenie na zaprojektowanie jednostki oceanicznej dla sześciu osób.
I właśnie jedną z nich będę ja...
Kolega Daniel ma stopień sternika morskiego, drugi członek wyprawy kapitana. Tylko ja jestem jedynie żeglarzem... I to obeznanym tylko z Mazurami. I tak sobie myślę, że to może nawet śmieszne, bo jeżeli opłyniemy Horn, do przyjmą mnie do bractwa Kaphornowców... Mnie, żeglarza mazurskiego. No i zaczynam żyć tą przygodą. Wprawdzie jachtu jeszcze nie ma, a ja już myślę, jak to opowiem kiedyś wnukom. W końcu nie każdy ma szansę opłynąć świat.
Wiem, że będzie ciężko. Czytam prasę żeglarską, czasem też coś z literatury marynistycznej. Wiem, że to nie jest bułka z masłem. Wiem, że to kilka miesięcy ciężkiej pracy, wyrzeczeń i ryzyka. Wiem, że można z takiej wyprawy nie wrócić... Ale jak to mówią: „do odważnych świat należy”! No właśnie... I tu muszę się przyznać, że jakoś szczególnie odważny, to  ja nie jestem... Rzekłbym nawet, że lekko czuć ode mnie tchórzem. Niestety. Nie podoba mi się to w mojej skromnej osobie, ale taka jest smutna prawda. Czemu więc popłynę? Powodów jest wiele. I najważniejszym z nich nie jest bynajmniej wizja jedzenia kociego obiadu. Po pierwsze: bo bardzo chcę. Może wynika to z tego, że jak się powiedziało „A”, to czasem pcha człowieka, żeby powiedzieć „B”. W moim przypadku powiedzeniem „A” było rozpoczęcie przygody z żeglarstwem na Mazurach. Nawiasem mówiąc, również za sprawą wyżej wymienionego Daniela, który teraz chce mnie zabrać na „wielką pętlę”. Po drugie: bo już obiecałem. Po trzecie: myślę, że w życiu każdy z nas dostaje choć raz szansę przeżycia wielkiej przygody. Niektórzy z niej skorzystają, inni się wystraszą. Jeszcze inni po prostu jej nie zauważą, w chwili, w której pukała do drzwi. Ja ją zauważyłem. I popłynę za nią tam, gdzie wiatr poniesie.
Świadomość ryzyka na pewno mi w tym nie przeszkodzi. Bo przecież nie ma na tym świecie nic za darmo. A ryzyko, strach, może również ból, pot i łzy są właśnie ceną za wielką przygodę. Według mnie nie wygórowaną ceną, biorąc pod uwagę to, co można otrzymać w zamian. To, co można przeżyć. Również to, czego można nauczyć się o sobie.
I jeszcze jedno: wolność. W dzisiejszym świecie oceany, to jedno z ostatnich miejsc, gdzie można się poczuć wolnym. Jest się na wodach eksterytorialnych, z dala od przepisów i urzędniczej głupoty. Z dala od podatków i rat kredytowych. Z dala od codzienności. Towarzysze zrobią wszystko, byś przeżył, a Ty musisz zrobić wszystko, by Twoi Towarzysze byli bezpieczni. Trzeba na sobie bezwzględnie polegać, bezwzględnie sobie ufać. A wokół szum oceanu....
A potem powrót do ludzi i miejsc najbliższych sercu. I tylko tak myślę, czy po powrocie nie będzie coś człowieka wzywać z powrotem na ocean? Ale o tym Napiszę Wam kiedyś. Za jakieś trzy lata.

Radosław Małecki

Zapraszam także do czytania moich felietonów na: http://www.motozagadka.blogspot.com/

wtorek, 12 kwietnia 2011

Wilcza jama cz. 8 – Koniec mitów.

Przyszła wiosna 1952 roku. Po specjalnym przeszkoleniu, do pracy na terenie Gierłoża zostaje skierowana 2 Ciężka Warszawska Brygada Saperów. Już wstępne rozpoznanie ustala, że teren jest szczególnie trudny do rozminowania. Obszar pola minowego stanowi pas o długości 10 km, który kręgiem o szerokości 150 – 180 m otacza obszar zabudowany bunkrami. W części przebiega przez bagna i mokradła. Część porośnięta jest trawą i młodym, samoistnie porosłym lasem.
            Główny ciężar spada na pluton zwiadu brygady dowodzony przez ppor. Widłaka. Ten młody oficer o dużej wiedzy fachowej zdaje sobie sprawę, że pole minowe nie jest jednolite, a składa się z wielu segmentów minowanych według różnych szyfrów. Przyjmuje prosty, lecz skuteczny sposób. Z braku jakiejkolwiek dokumentacji niemieckiej, każda wydobyta mina znaczona jest słupkiem o określonym kolorze. Po wydobyciu kilkudziesięciu min z pozornie bezładnej gmatwaniny słupków wyłania się szyfr danego pola. Wówczas saperzy mają nieco łatwiejsze zadanie.  Często jednak po paru metrach pole kończyło się, zaczynało nowe i pracę trzeba było zaczynać od początku. Dodatkowym utrudnieniem było użycie min o niemetalowych korpusach, co nie pozwalało na posługiwanie się wykrywaczem, jak i fakt, że z dziesięciu rodzajów min stosowanych w Gierłoży, tylko cztery to miny etatowe, powszechnie stosowane przez armię niemiecką. Każda z pozostałych stanowiła swoistą zagadkę.
            Całkowite rozminowanie terenu zostaje zakończone jesienią 1855 roku i jest to ostatni w kraju (poza przełęczą Dukielską) teren, gdzie na taką skalę prowadzono prace przy rozminowywaniu. Z obszaru pola minowego wydobyto około 57 tysięcy min. Ziemia wokół lasu została przekazana rolnikom, a tereny leśne Lasom Państwowym.
            Już w następnym roku zaczęły pojawiać się pierwsze wycieczki a zainteresowanie obiektem było tak duże, że w kolejnym roku odwiedziło go około 25 tysięcy osób, co spowodowało konieczność wstępnego zagospodarowania turystycznego i uczynienia z rumowisk byłego Wolfschanze obiektu turystycznego, który w szczycie zainteresowania przyjmował nawet 200 tysięcy osób rocznie.
            Kwatera, jak każdy obiekt, którego dzieje nie są do końca wyjaśnione, wytworzyła wokół siebie wiele fantastycznych hipotez. Pierwsza sprawa, to istnienie bądź nieistnienie podziemi.  Po wojnie na najmniejszy ślad istnienia części podziemnej nie natrafiono ani w czasie badania kwatery przez ekspertów wojsk inżynieryjnych, ani w czasie rozminowywania, kiedy saperzy wchodzili wszędzie, gdzie było to możliwe. Nic również o podziemiach nie wiedzieli liczni świadkowie budowy kwatery mieszkający po wojnie na terenie Polski, a było ich co najmniej 100 osób. Nie wspominają też o nich źródła niemieckie. Czy jednak były potrzebne? W przypadku nalotu istniejące bunkry były aż nadto wystarczające.
            Inna sprawa, to kwestia rzekomych skarbów i dokumentów jakie miały tu pozostać. Jednak kwatera Hitlera nie była sejfem III Rzeszy, a jeśli jakieś pojedyncze wartościowe przedmioty znajdowały się w niej, to w czasie ewakuacji był czas je zabrać wraz z dokumentacją wojskową. Ewakuacja wszak trwała ponad dwa miesiące i w żadnym razie nie była „pospieszna”.
Niewątpliwie fakt braku historycznych badań jak i sprzeczności w niemieckich relacjach pozostawiają szeroki margines do snucia fantastycznych teorii, jednak żadna z nich do dnia dzisiejszego nie znalazła potwierdzenia.
Koniec

Andrzej Małecki i Radosław Małecki

Zapraszam także do czytania moich felietonów na: http://www.motozagadka.blogspot.com/

Wilcza jama cz. 7 - Próba przewrotu.

Trzy godziny lotu wyłączyły całkowicie pułkownika Stauffenberga z czynnej działalności. Natychmiast po wylądowaniu w Berlinie udaje się do budynku sztabu generalnego na Bendlerstrasse, gdzie ze zdziwieniem stwierdza, że praktycznie nie podjęto jeszcze żadnych kroków. Nie opanowano środków masowego przekazu, co uniemożliwiało nadanie proklamacji nowego rządu. Nie zniszczono w Gierłoży węzła łączności, co odcięłoby kwaterę od kontaktu z całym krajem i uniemożliwiło kierowanie kontrakcją. Nie wydano w odpowiednim czasie rozkazu „Walkiria”, co pozbawiło spiskowców realnej siły wojskowej. Podjęte pod naciskiem Stauffenberga kroki nie mogły już niczego uratować. Jedyna siła – to batalion mjr Remera po próbie aresztowanie Goebelsa, kiedy umożliwiono majorowi rozmowę z Hitlerem, pierwszy przystąpił do likwidacji spisku. Wkrótce do kontrataku ruszył Himmler.
            Generał Fromm, dowódca wojsk zapasowych, w którego sztabie wykluł się spisek, na pospiesznie zwołanym sądzie polowym skazał na śmierć Stauffenberga i kilku jego najbliższych towarzyszy i w tym samym dniu wieczorem na dziedzińcu ministerstwa wojny, w świetle reflektorów samochodowych zostają rozstrzelani. Ta pospieszna egzekucja obciąży później Fromma.
            Wielu spośród czołowych spiskowców odbierze sobie życie. Wielu zostanie zesłanych do obozów koncentracyjnych lub skrytobójczo zamordowanych. Część, z feldmarszałkiem Erwinem von Witzlebenem na czele stanie przed parodią sądu – „trybunałem ludowym”.
            „Garstka głupich i nikczemnych oficerów postanowiła mnie zabić. Rozprawimy się z nimi tak, jak winni to czynić narodowi socjaliści” – powiedział Hitler.
            Ludziom tym zgotowano kaźń w jednej z podberlińskich rzeźni, gdzie wieszano ich na hakach rzeźniczych. Nie oszczędzano również rodzin spiskowców. Ogółem stracono około 5 tysięcy osób. Proces i egzekucje filmowano i film ten pokazywano kilkukrotnie grupie wyższych oficerów. Jednak reakcje widzów były tak spontanicznie negatywne, że zaniechano jego wyświetlania.
            Po zamachu jeszcze jedynie 4 miesiące kwatera w Gierłoży pełniła swoją funkcję. 20 listopada 1944 Hitler decyduje się na opuszczenie Wolschanze. Spowodowane jest to faktem, że 22 października wojska radzieckie po przełamaniu wschodniopruskiej pozycji obronnej zajęły Gołdap i znalazły się około 70 km od Gierłoża. Po opuszczeniu kwatery przez Hitlera przyjęła ona sztab 4 armii gen. Hossbacha, aż w końcu pozostała tu jedynie grupa saperów przygotowująca obiekt do wysadzenia.
W dniu 24 stycznia 1945 potężne eksplozje wstrząsnęły gierłoskim lasem. Wielometrowe betonowe kolosy kruszyły się na kawałki, łamały dorodne świerki, dęby i sosny. W okolicznych wsiach dzwoniły szyby. Wolfschanze przestała istnieć. Obiekt, w którym przez przeszło trzy lata zbiegały się nici hitlerowskiej machiny wojennej stał się jednym wielkim rumowiskiem.
27 stycznia 1945 roku wkroczyły tu wojska 31 Armii radzieckiej. Pierwsze prace przy rozminowywaniu kwatery podjęli właśnie saperzy radzieccy. Rozminowano głównie arterie komunikacyjne, lecz pierścień pola minowego otaczającego las pozostał nietknięty. Już wówczas stwierdzono, że obiekt będzie wyjątkowo trudny do rozminowania. Pierwszoplanowym zadaniem dla wojsk inżynieryjnych było zabezpieczenie robotników odbudowujących miasta, zakłady przemysłowe, porty itp. Las musiał poczekać. W latach 1947 – 1948 teren wizytowali eksperci wojsk saperskich w celu ustalenia ewentualnego istnienia części podziemnej. Prace te dały wynik negatywny. Dokonano także wstępnego rozeznania pól minowych, trafiając na znaczne trudności terenowe i techniczne.
Dopiero rok 1952 miał przynieść „szturm” saperski na byłą twierdzę hitlerowską. (c.d.n.)

Andrzej Małecki i Radosław Małecki

Zapraszam także do czytania moich felietonów na: http://www.motozagadka.blogspot.com/

Wilcza jama cz. 6 – Zamach.

W pogodny ranek 20 lipca 1944 roku płk. Hrabia Claus Schenk von Stauffenberg przybył w towarzystwie swego adiutanta Wernera von Haften na lotnisko Randorf koło Berlina. Spotkał się tu z gen. mjr.  Helmuthem Stieffem, który wręczył mu dużą teczkę. Tym razem zamiast dokumentów znajdował się w niej potężny ładunek wybuchowy z chemicznym zapalnikiem przeznaczony dla wodza II Rzeszy Adolfa Hitlera.
Płk Stauffenberg pełniący obowiązki szefa sztabu wojsk zapasowych w imieniu ich dowódcy gen. Fromma ma referować przebieg formowania nowych jednostek oraz plan ich przerzutu na front wschodni. Stauffenberg i Haften są jedynymi pasażerami łącznikowego Heinkla lecącego w kierunku Prus Wschodnich do głównej kwatery Fuhrera. Mimo to nie rozmawiają ze sobą.
            W tym samym kierunku podąża również pociąg specjalny, przed którym otwierają się wszystkie semafory. W salonce przechadza się z założonymi rękami, z kamienną twarzą Duce, udający się do kwatery Hitlera w celu omówienia sytuacji zaistniałej na froncie włoskim.
O godzinie 10.15 samolot Stauffenberga wylądował na lotnisku kwatery, skąd samochodem zostanie przewieziony wraz z adiutantem do jej centrum. Wszystkie posterunki kontrolne otwierają bramy przed jednorękim, znającym hasło pułkownikiem.
Już wewnątrz kwatery dowiaduje się, że narada odbędzie się w baraku, zamiast w sali narad znajdującej się w schronie Hitlera i że odbędzie się o 12.30, to jest o pół godziny wcześniej niż zwykle, gdyż o 15.00 spodziewany jest przyjazd Mussoliniego.
W hallu przed salą konferencyjną, Stauffenberg spotyka feldmarszałka Keitla, który wprowadza go na salę. Pod pretekstem zapomnienia pasa, Stauffenberg wraca do hallu, gdzie uruchamia zapalnik bomby nastawiony na około 10 minut opóźnienia, po czym wraz z feldmarszałkiem wchodzą na salę.
Keitel, nie będąc pewny, czy Hitler poznał Stauffenberga, przedstawia go, po czym zajmują miejsca przy stole konferencyjnym. Stauffenberg stawia pod stołem teczkę, po czym pod pretekstem odbycia bardzo pilnej rozmowy telefonicznej ponownie wychodzi z sali. W hallu zrywa się z krzesła porucznik Haften. Wychodzą razem. Jest godzina 12.42, gdy potężna eksplozja wstrząsa lasem. Oddlający się oficerowie widzą rozpadający się barak. Siła wybuchu była wielka. Wszyscy obecni lub przynajmniej większość z nich musiała zginąć.
Wolfsshanze zostaje objęta alarmem. Przy bramie południowej prowadzącej w stronę lotniska samochód pułkownika zostaje zatrzymany. Stauffenberg wyjaśnia, że na polecenie Hitlera udaje się z pilną misją do Berlina. Dowódca wartowni jednak waha się i wówczas pułkownik prosi o połączenie z dowódcą ochrony kwatery, któremu wyjaśnia, jakie ma kłopoty na wartowni. Rozkaz brzmi: wypuścić! Powoli unosi się szlaban. Skupiona twarz pułkownika rozluźnia się. Ostatnia przeszkoda pokonana. Po kilku minutach Mercedes wtacza się na płytę lotniska. Stauffenberg wydaje polecenie pilotowi: natychmiast do Berlina!
Na jedną ze stacyjek w pobliżu Wolfschanze podjeżdżają samochody SS, a wojsko otacza stację. Do pokoju dyżurnego ruchu wchodzi kilku oficerów SS polecając natychmiast zatrzymać pociąg specjalny. Po kilku minutach pociąg raptownie hamuje na stacji. Do dowódcy konwoju podchodzi jeden z oficerów informując, że w pobliżu jest radziecki nalot i ze względu na bezpieczeństwo przewożonej osoby trzeba go przeczekać. Eksplozja, choć na pozór potężna, nie wyrządziła jednak wielkich szkód, jak sądził z daleka Stauffenberg.
Otwarte okna drewnianego baraku, oderwana część dachu i część wyrwanej podłogi spowodowały rozładowanie ciśnienia, jakie wyzwoliło się po eksplozji, tak że w efekcie zginęły cztery siedzące najbliżej osoby. Kilkanaście osób było rannych.
Hitlera zasłoniła masywna podpora stołu, o która Stauffenberg oparł swoją teczkę, oraz gruby blat stołu, nad którym stał pochylony. Był ranny. Zwisała kontuzjowana prawa ręka, z rozbitej głowy sączyła się krew, miał uszkodzone bębenki uszne, przeszło dwie godziny nie słyszał. Teraz poddawano go intensywnym zabiegom lekarskim, by Mussolini ujrzał go w jak najlepszej formie.
W około cztery godziny po eksplozji Hitler witał Mussoliniego na stacyjce kwatery głównej. Przy powitaniu podał Duce lewą rękę. Mussolini był przerażony wypadkami, jakie miały tu miejsce. Hitler spokojny i opanowany zaprowadził Włocha na miejsce zamachu. Rumowisko jakie zostało po baraku mogło tylko spowodować zdziwienie, jak ktokolwiek mógł z jego wnętrza wyjść cało. Tu jednak nerwy Hitlera zawodzą. „Moje dzisiejsze ocalenie, cudowne ocalenie, jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że przeznaczeniem moim jest doprowadzić naszą wspólną, wielką sprawę do szczęśliwego końca”.
Od pierwszej chwili po eksplozji prowadzone jest intensywne śledztwo. Początkowo podejrzenie pada na grupę robotników z Organizacji Todt, którzy pracowali w odległo`sci około 100 metrów od miejsca narady. Jednakże nadzorujący ich esesmani kategorycznie wykluczyli taką możliwość. Dopiero drobiazgowe zestawienie poszczególnych faktów po kilku godzinach jednoznacznie wskazało na Stauffenberga.
Jednym z warunków powodzenia spisku, a przede wszystkim powodzenia puczu było zablokowanie węzła łączności i odcięcie kwatery od jakichkolwiek kontaktów z zewnątrz. Czynności tej miał dokonać szef łączności, gen Fellgiebel. Ten jednak stwierdziwszy, że Hitler żyje nie wykonał blokady. To zaważyło na przyszłych niepowodzeniach. W kilka godzin po zdarzeniu zostaje ogłoszony komunikat o nieudanym zamachu i próbie przewrotu. „Hitler żyje i podjął już dalszą pracę. Przemówi do narodu w późnych godzinach wieczornych”.
Tymczasem samolot z pułkownikiem Stauffenbergiem zbliżał się do Berlina... (c.d.n)

Andrzej Małecki Iradosław Małecki

Zapraszam także do czytania moich felietonów na: http://www.motozagadka.blogspot.com/

Wilcza jama cz. 5 – Spiskowcy.

Już w momencie dojścia Hitlera do władzy istniała opozycja przeciw szybko postępującej faszyzacji kraju. Hitler zdawał sobie sprawę, że największym i bezkompromisowym wrogiem faszyzmu jest Komunistyczna Partia Niemiec (KPD) i w pierwszym rzędzie przeciwko niej skierowano ostrze uderzenia. W nocy z 27 na 28 lutego 1933 roku aresztowano około 10 tysięcy aktywistów partyjnych rozbijając 17 spośród 22 krajowych kierownictw KPD. Ponadto część działaczy zagrożonych aresztowaniem musiała udać się na emigrację. Osłabiło to znacznie siłę i zdolność organizacyjną KPD, która przeszła całkowicie do podziemia. Również socjaldemokraci (SPD) pozostawali w opozycji wobec hitleryzmu. Nie angażowali się jednak w poważniejsze akcje.
            Opozycja kolportowała wydawnictwa i prasę demaskujące istotę faszyzmu i hitleryzmu. Z tej działalności zasłynęła monachijska organizacja „Biała Róża”.  W ministerstwie lotnictwa działała do połowy 1942 roku organizacja nazwana przez gestapo „Czerwona Kapela”, która dostarczała ZSRR ważnych materiałów dotyczących lotnictwa.
            Swego rodzaju opozycję uprawiano także w kręgach arystokracji, bogatych właścicieli ziemskich i przemysłowców. Takim przykładem może być spiskująca pod kierownictwem  hr von Moltke grupa jego przyjaciół spotykająca się co pewien czas w jednym z jego majątków na Śląsku. Działalność tych ludzi ograniczała się do spotkań, na których wymieniano opinie na temat przyszłego ustroju Niemiec i nowej moralności społecznej.
            Istniała również opozycja w kręgach Sztabu Generalnego Wojsk Lądowych (OKH), która zaktywizowała się, gdy Hitler ujawnił plan napaści na Polskę. Spowodowana była tym, że część generałów uważająca Francję i Wielką Brytanię za mocarstwa nie tylko z tradycyjnej nazwy, wobec gwarancji udzielonych Polsce przez te kraje, bała się wojny na dwa fronty.
            Dopiero jednak klęska Niemiec na wszystkich frontach i wojska sprzymierzonych stojące u wrót hitlerowskich Niemiec, stwarzały szansę uzyskania poparcia dla próby przewrotu.
            Spiskowcy nie byli jednak ludźmi, którzy dysponowali realną siłą militarną. Ponadto brakowało sprecyzowanego planu działania, nie mówiąc o znacznej rozbieżności poglądów na polityczny kształt przyszłych Niemiec.
            Generalskiej grupie  przewodzili: Carl Goerdeler, były nadburmistrz Lipska, dymisjonowany gen. Płk Ludwik Beck, gen. Hans Oster z Abwehry, jeden z najbliższych współpracowników adm. Canarisa, oraz gen. Hemring von Trescow.
            Ludzie ci w większości reprezentowali pogląd, że Hitlera należy „odsunąć”. Znacznie bardziej radykalne poglądy reprezentowała grupa młodych oficerów z płk. Hr. Von Stauffenbergiem.
            Spiskowcy sądzili, że uda im się na swoją stronę przeciągnąć generałów dowodzących na wschodnich bądź zachodnich frontach i gdy rozmowy na ten temat nie powiodły się zrozumiano, że możliwość taka może zaistnieć dopiero wówczas, gdy Hitler nie będzie żył.
            Spiskowcy oczywiście nie liczyli na wygranie wojny. Jednakże znaczna ich część wierzyła, że Alianci wyrażą zgodę na powrót Niemiec w granice jeżeli nie z 1939 roku, to przynajmniej do stanu z roku 1937.
            Oczywiście, aby jakiekolwiek rozmowy mogły być prowadzone, musiał powstać nowy rząd składający się z osób nie skompromitowanych współpracą z Hitlerem, a jednocześnie musiał posiadać realną siłę wojskową, by stać się partnerem mogącym proponować jakieś warunki.
            W tym celu dowództwo armii zapasowej z gen. Olbrichtem i szefem sztabu płk. Stauffenbergiem na czele opracowało plan operacji pod kryptonimem „Walkiria” opartym o jednostki Wehrmachtu będące w dyspozycji dowództwa wojsk zapasowych a rozlokowane w okolicach Berlina. Pretekstem do opracowaniu planu stała się możliwość buntu dziesiątków tysięcy robotników przymusowych – obcokrajowców zatrudnionych w Berlinie i najbliższej okolicy.
             W momencie śmierci Hitlera miały one otrzymać rozkaz stłumienia „puczu SS”. W Berlinie, jak i wszystkich ważniejszych ośrodkach władzy miano dokonać aresztowania wyższych funkcjonariuszy SS, gestapo i SD, a władzę na mocy ustawy o stanie wyjątkowym przejąć miało wojsko. W celu odizolowania kwatery głównej szef łączności gen. Fellgiebel miał dokonać uszkodzenia węzła łączności, co uniemożliwiłoby kontakt kwatery ze światem.
            Konkretnych prób zamachu podejmowano już kilka. 13 marca 1943 roku w czasie pobytu Hitlera w Smoleńsku w sztabie grupy armii „Środek” gen. Von Trescow wraz z płk. Schlabrendorffem umieszczają na pokładzie samolotu bombę opakowaną w kształt butelek koniaku. Jeden z oficerów towarzyszących Hitlerowi obiecuje dostarczyć tą przesyłkę jako upominek dla jednego z generałów. Z niewiadomych przyczyn bomba nie wybucha lecz Schlabrendorffowi udaje się odzyskać przesyłkę zanim trafiła do rąk adresata.
            Stałe pogarszanie się sytuacji militarnej ponaglało spiskowców. Ponadto otrzymano informację, że gestapo znajduje się na tropie spisku. Cały ciężar wykonania zamachu przyjął na siebie płk. Stauffenberg. Ten młody, liczący zaledwie 37 lat oficer piastował już wojskowe stanowisko szefa sztabu wojsk zapasowych. Odznaczony rycerskim żelaznym krzyżem, znany z konsekwencji i odwagi, był doskonałym kandydatem na zamachowca. Znany ochronie kwatery głównej, gdzie bywał częstym gościem, miał szansę uniknięcia kontroli i przewiezienia do wnętrza ładunku wybuchowego. Dokonał zresztą tego już dwukrotnie.
            11 lipca 1944 roku uczestniczył z bombą w teczce w naradzie w Berchtesgaden, lecz brak Himmlera i Goeringa odwiódł go od realizacji zamierzenia. W cztery dni później 15 lipca w Gierłoży ponownie ma bombę w teczce, lecz niespodziewane skrócenie narady przez Hitlera uniemożliwia akcję. Następnie zostaje ponownie wezwany do Gierłoża na dzień 20 lipca, gdzie referować ma na temat przerzucenia wojsk zapasowych z rzeszy na front wschodni. Tym razem jest zdecydowany dokonać zamachu bez względu na to, czy Himmler i Goering będą obecni. Tak więc ostateczna decyzja została podjęta.  (c.d.n.)

Andrzej Małecki i Radosław Małecki

Zapraszam także do czytania moich felietonów na: http://www.motozagadka.blogspot.com/

Wilcza jama cz. 4 – Życie codzienne

Po sprowadzeniu się Hitlera do Gierłoży, wg Speera 28 lipca 1941 roku, a wedle innych w końcu czerwca, również inne ważniejsze osobistości ulokowały się w pobliżu. W miejscowości Przystań, 6 km na południowy zachód od Węgorzewa w potężnym kompleksie bunkrów zlokalizowano siedzibę dowództwa wojsk lądowych (OKH). W Pozezdrzu między Węgorzewem a Giżyckiem, nieco mniejszy kompleks bunkrów wzniesiono dla Himlera. Na terenie Puszczy Piskiej zbudowano zespół bunkrów dowództwa lotnictwa z Goeringiem na czele, który nie potrafiąc wyrzec się wygód, kazał wznieść kilka willi między bunkrami. Ponadto na terenie Puszczy Myśliwskiej posiadał pałacyk myśliwski. W Sztynorcie, w pięknym pałacu rodziny Lehndorffów miał swoją rezydencję Joahim von Ribbentrop – minister spraw zagranicznych Rzeszy.  W kilku willach w Mikołajkach znajdowała się placówka Abwehry zajmująca się wywiadem przeciwko ZSRR, a w pruskiej twierdzy w Giżycku – wydział Abwehry „Obce Armie Wschód” kierowany przez pułkownika Gehlena, powojennego szefa wywiadu RFN.
            24 czerwca 1941 roku zapadła decyzja przeniesienia kwatery głównej z Berlina do Wolfsshanze i już w dwa dni później, o świcie przybywa do Gierłoży rzut połowy naczelnego dowództwa.
            Dzień powszedni Hitlera i jego najbliższego otoczenia był na ogół monotonny.
Fuhrer wstawał późno. Śniadanie jadał najczęściej samotnie, po czym następowało największe wydarzenie dnia – południowa narada. Składano meldunki o sytuacjach na poszczególnych odcinkach frontów, a Hitler podejmował decyzje bez jakichkolwiek konsultacji czy uzgodnień z obecnymi przedstawicielami OKW i OKH. W naradzie uczestniczyli ponadto przedstawiciele szefów sztabów lotnictwa i marynarki wojennej akredytowani przy kwaterze głównej, przedstawiciel Himmlera, Ribbentropa, czasami Goering, a rzadziej Himmler i Speer. Czas trwania narady był różny i wynosił przeciętnie od jednej do trzech godzin. Po konferencji południowej, pomiędzy godziną 14 a 17 jadano obiad w dość licznym gronie, na który Hitler zapraszał czasem kogoś z uczestników narady, lub przebywających w kwaterze ważniejszych gości. Po obiedzie Hitler spacerował w najbliższym otoczeniu swojego bunkra z ulubionym owczarkiem alzackim – suką Blondi, podarowaną mu przez Bormana po klęsce stlingradzkiej. Często około godziny 18 rozpoczynały się rozmowy i narady z wojskowymi , ministrami, przedstawicielami przemysłu lub też rozmowy prywatne z Himmlerem, Bormanem, Goebelsem czy Speerem.
            Kolację podawano między godziną 20 a północą, po czym dalej trwały rozmowy. Następnie w towarzystwie sekretarek, dr Morella lub któregoś z adiutantów pito herbatę i dzień kończył się około godziny 4 nad ranem. W początkowym okresie po kolacji słuchano muzyki z płyt – utworów Bethovena, Wagnera, czy Wolfa, ale po klęsce stalingradzkiej zaniechano i tego. Niemal codziennie oglądano także filmy fabularne, także angielskie i amerykańskie, zakazane w Niemczech. Stopniowo jednak i to zlikwidowano, pozostawiając jedynie kroniki filmowe.
            Dalsze ograniczenia wprowadzono po zamachu. Hitler przeniósł się do ciężkiego bunkra prawie nie wychodząc na zewnątrz i jakby odgradzając się betonowymi ścianami od rzeczywistości. W czasie nocnych herbat pod żadnym pozorem nie wolno było mówić o wojnie, czy sprawach z nią związanych. Hitler wygłaszał wówczas tyrady o latach młodzieńczych w Wiedniu, o kulturze i sztuce, o zamiarach przebudowy miast niemieckich, projektowanych galeriach sztuki itp.
            Odseparowanie Hitlera od świata w betonowych kolosach było rzekomo koniecznością wojenną. Ale chodziło przecież o coś innego. Żył on tu w swoim prywatnym świecie, z którego wyłączono przykre fakty, jak bombardowanie miast niemieckich – nie chciał odwiedzić żadnego ze zniszczonych osiedli, nie czytał meldunków, które nie zgadzały się z wyimaginowanym obrazem jaki sobie stworzył. Bormann starannie selekcjonował wiadomości, jakie trafiały na biurko Fuhrera.
            Dominującym wrażeniem w życiu kwatery głównej w latach 1942 – 1944 była monotonia przerywana jedynie atakami wściekłości Hitlera wymierzonymi przeciwko generałom, czy też niespodziewanymi wydarzeniami i wizytami gości zagranicznych. Bywał tu kilkukrotnie Mussolini, marszałek Antonescu, który bo zobaczeniu kwatery nazwał ją „syntetycznymi górami”. Był szef włoskiej dyplomacji hr. Ciano i prezydent Słowacji dr Tiso oraz książę presławki Cyryl, członek bułgarskiej Rady Regencyjnej po śmierci cara Borysa III. Bywali przedstawicieli sztabów Węgier, Finlandii i Japonii. W grudniu 1942 roku miała tu miejsce konferencja w sprawie Afryki północnej z udziałem Himmlera, Goeringa, Ribbentropa, Ciano i Lavala.
            Miały tu również miejsce niespodziewane wypadki, które wstrząsnęły „dworem” Hitlera. 8 lutego 1942 roku startujący z lotniska kwatery „Heinkel 111” uległ wypadkowi, w wyniku którego zginęła załoga samolotu i znajdujący się na pokładzie założyciel i kierownik organizacji noszącej jego imię dr Fritz Todt. Na polecenie Hitlera przeprowadzono śledztwo. Przyjęto wersję, że samolot kurierski wyposażony był w instalację samoniszczącą, której dźwignia znajdowała się pomiędzy siedzeniami pilota i pasażera. Ktoś musiał tą dźwignię niechcący uruchomić i to było przyczyną wypadku.  Drugim wydarzeniem o skali niemal światowej był zamach na Hitlera dokonany 29 lipca 1944 roku. (c.d.n.)

Andrzej Małecki i Radosław Małecki


Zapraszam także do czytania moich felietonów na: http://www.motozagadka.blogspot.com/

Wilcza jama cz. 3 – Ściśle tajne!

Już w promieniu 8-10 km dookoła gierłoskiego lasu rozpoczynał się pierścień pierwszych zabezpieczeń. W okolicznych miastach: Giżycku, Węgorzewie, Kętrzynie znacznie rozbudowane placówki Gestapo i SD sprawowały nadzór nad mieszkańcami okolicznych miejscowości, szczególnym zainteresowaniem „darząc” osoby przyjezdne. Z terenu przyległego do lasu wysiedlono osoby, które nie cieszyły się najlepszą opinią u organów bezpieczeństwa. Nadzór sprawowano jak najdyskretniej, tak, że znaczna większość mieszkańców nie miała pojęcia o tym, że jest dokładnie obserwowana. Ponadto przy ważniejszych trasach dojazdowych znajdowały się bunkry, które zapewniały kontrolę nad drogami. W pierścieniu odległym o 5-6 km od lasu odczuwało się już obecność obiektu wojskowego. W odległości 2,5 km od Kętrzyna (a 6 km od Gierłoży) – Karolewie znajdowała się szkoła podoficerska SS oraz zespół magazynów wojskowych, a w odległości 5 km od kwatery główne lotnisko. Często pojawiały się tu lotne patrole żandarmerii polowej, która dokonywała kontroli dokumentów osób przebywających w tej strefie.
W odległości 2 km od lasu stały tablice ostrzegające o tym, że teren znajduje się pod wojskową kontrolą.
            Życie cywilne toczyło się jednak na pozór normalnie, a pola uprawne dochodziły aż po sam skraj lasu. Centrlana część kwatery otoczona została zaporą z drutu kolczastego i polem minowym o długości ponad 10 km a zamykała obszar ok. 2,5 km2. Składała się z różnego rodzaju przeszkód: na zewnątrz płot z siatki ogrodzeniowej, który miał zabezpieczać przed przenikaniem dzikich zwierząt w głąb pola minowego. Na płocie tym zawieszono miny sygnalizacyjne. Następnie znajdowała się zapora z drutu kolczastego o wysokości ok. 2 m i szerokości 1-1,5 m i za nią właściwe pole minowe o szerokości 150 – 180 m. Od wewnątrz pole minowe zagrodzono potrójnym zasiekiem typu walec Bruna, który miał zabezpieczać mieszkańców kwatery przed przypadkowym wejściem na pole minowe. Na skraju lasu stały wieże obserwacyjne ze stanowiskami karabinów maszynowych i reflektorami.
            Do centrum kwatery prowadziły trzy bramy wjazdowe. Zachodnia z kierunku Kętrzyna, wschodnia od Węgorzewa oraz brama południowa łącząca kwaterę z lotniskiem. Każdy przyjezdny bez względu na stopień i stanowisko poddawany był dokładnej kontroli dokumentów i osobistej, po czym poprzez system wewnętrznych wart przekazywano go do sektora przeznaczenia. Najczęściej było to tzw. „miasteczko dla gości”. Tu lokowano prawie wszystkich przyjezdnych i dopiero gdy dana osoba była potrzebna przewożono ją na salę narad, czy do pomieszczeń sztabu. System ten powodował, że liczni goście kwatery nie zdawali sobie sprawy z tego, że znajdują się w kwaterze Hitlera. Obowiązywała zasada, że nie wierzono nawet najbardziej zaufanym. Żołnierze ochrony kwatery pełnili służbę zawsze w tych samych sektorach, nie mając dostępu do innych stref.  Kontrolę osób przyjeżdżających z zewnątrz, nadzór nad ruchem wewnątrz obiektu, oraz zabezpieczenie najbliższego otoczenia Hitlera pełniła grupa najbardziej zaufanych SS-manów pod dowództwem Rattenhubera, a placówka SD prowadziła badania lojalności straży przez zakładanie na stanowiskach wartowniczych aparatury podsłuchowej, co ujawniło się przy demontażu pozostałych po wysadzeniu urządzeń. Wszystkie te środki ostrożności miały na celu zapewnienie całkowitego bezpieczeństwa Hitlerowi i jego najbliższemu otoczeniu.
            Również koniecznością pierwszorzędnej wagi było tak dokładne zamaskowanie wzniesionych obiektów, by jakiś przypadkowy przelot nieprzyjacielskich samolotów, czy zdjęcia lotnicze nie mogły ujawnić istniejącej tu zabudowy. W tym celu dach wszystkich obiektów zbudowano w ten sposób, że ich brzeg był o 30-40 cm wyższy od reszty, a powstałe w ten sposób zagłębienie wypełniano ziemią, siano trawę, sadzono krzewy, a ewentualne jeszcze braki uzupełniano sztucznymi drzewami. Od krawędzi dachów zaopatrzonych w specjalne uchwyty rozpinano do odległych o 15-20 m drzew siatkę maskującą, a boczne ściany obiektów malowano na kolory ochronne. Maskowania wykonywano z cienkiej siatki metalowej, do której przymocowywano płaty sztucznego tworzywa imitującego las liściasty i iglasty. Do dziś zachowały się jedynie niewielkie fragmenty tej siatki. Ponieważ kwatera sama w sobie nie miała charakteru twierdzy, nie była więc przystosowana do obrony. Pola minowe i systemy wart miały chronić jej mieszkańców od akcji sabotażowych, czy dywersyjnych, a potężne stropy i maskowanie zapewnić bezpieczeństwo na wypadek ataku lotniczego. Kwatera posiadała silną obronę przeciwlotniczą umieszczoną na kulmnacjach terenowych w najbliższej okolicy, jak i na dachach niektórych bunkrów.  W roku 1943 wzniesiono w dzisiejszej miejscowości Biedaszki stację radarową.
            Fakt ogłoszenia budowy w gierłoskim lesie fabryki chemicznej nie wystarczał do całkowitego odwrócenia uwagi od tego obiektu i dlatego zastosowano jeszcze inne dezorientujące posunięcia. Do lata 1942 roku linia kolejowa przebiegała środkiem kwatery, a łącząc Kętrzyn z Węgorzewem dostępna była dla ruchu cywilnego. Kąpielisko na zachodnim skraju lasu nadal było dostępne dla mieszkańców miasta, położony od wschodu cmentarz pomimo, że znalazł się wewnątrz pola minowego nadal służył ludności pobliskich wsi. Wszystko to miało świadczyć, że nie znajduje się tu nic ważnego, skoro zezwala się na wejście w głąb lasu osobom cywilnym.
            Zabiegi te okazały się skuteczne, skoro do końca wojny kwatery nie zlokalizowano i nigdy obiektu nie bombardowano. Istnieją wprawdzie przesłanki, że wywiad rosyjski miał jakieś podejrzenia co do lokalizacji kwatery i w 1944 roku zrzucono grupę zwiadowców około 30 km od Gierłoży, jednakże oddział został zlokalizowany przez radionamiar i zlikwidowany. Jest również wersja o posiadaniu pewnych danych na temat lokalizacji kwatery przez wywiad Armii Krajowej, ale sprawa nie została nigdy ostatecznie wyjaśniona. (c.d.n.)

Andrzej Małecki i Radosław Małecki
Zapraszam także do czytania moich felietonów na: http://www.motozagadka.blogspot.com/